„Pewnego razu… czyli jak Leonardo DiCaprio załatwia sobie kolejnego Oskara [Recenzja]

„Pewnego razu w… Hollywood” to od początku do końca niesamowita gra aktorska Leo DiCaprio. Filmowy duet z równie niezawodnym Bradem Pittem to wisienka na torcie dziewiątego filmu Quentina Tarantino i zanim dodamy i to by było na tyle, ruszymy w głąb filmu, bo jest sporo niespodzianek w scenariuszu.

Film ten jest jednym z najsłabszych w dorobku reżysera i nie mówimy tu o filmowych rolach, a moglibyśmy bo wielu nie zagrało na miarę swoich możliwości. Przemknęli niczym kaskaderska jazda Pitta w filmie. Dlaczego? Odpowiadamy!

Scenariusz rozpisany na niespełna 2 godziny i 40 minut filmowych uciech, uciechą nie był. Można się wynudzić, a nie wynudziliśmy się, bo kino Tarantino, to fabuła nieoczywista i trzeba to przegryźć jak gorzką czekoladę. Gra aktorska na wysokim poziomie tak doświadczonych aktorów jak DiCaprio, Pitt czy Al Pacino nie może być tutaj wielką nobilitacją, Dołożenie ciekawych scen walki kaskadera z B. Lee, scenografia zwłaszcza żywo odwzorowywanych scen przez Leo, muzyka nadająca ton fabule w wielu miejscach tej produkcji czy odwrócenie nieszczęśliwego finału z sektą Charlesa Mansona spodobają się widzom, bo widzimy Leo w adrenalinie i końcówka zdecydowanie może się podobać. Załącza się charakterek Belforta z Wilka z Wall Street, którego gra DiCaprio….gra kapitalnie.

45- letni DiCaprio wielokrotnie otrzymywał nominacje do najważniejszej nagrody filmowej, co spowodowało, że długo czekał na pierwszego Oskara, ale jak już go dostał [Najlepszy aktor pierwszoplanowy za film „Zjawa”] zmierza po kolejną oskarową statuetkę.

Postać Ricka Daltona, w którą się wciela w filmie „Pewnego razu w… Hollywood” potrafi zagrać niemal wszystko tak jak i prezentowany, szeroki wachlarz aktorski głównego aktora, którym od lat żongluje w swoich kolejnych rolach filmowych.

I jeśli komuś przyszło na myśl, że rynek Hollywood nie ma już nic do zaoferowania, bo jak już się o tym rynku robi filmy wracając do 1969 roku to znaczy, że to koniec, uspokajamy.

„Pewnego razu… czyli jak rynek filmowy uczył aktorów świadomości [Recenzja]

"<br

Ten film nieco inaczej prezentuje Hollywood – nie mówi o wielkich gwiazdach tu i teraz, wielkich skandalach, tylko przywołuje zwykłych ludzi, którzy zostali aktorami i tak jak w każdym zawodzie przeżywają swoje wzloty i upadki, cieszą się, gdy pierwszy raz pokażą ich nazwisko w napisach końcowych, umieszczą na plakatach sztuki teatralnej [scena z Margot Robbie, która wciela się w niegdyś bardzo popularną żonę Romana Polańskiego, Sharon Tate] i ktoś się do nich uśmiechnie, mając w świadomości, że to przyniosła pozytywna część sławy, czyli rozpoznawalność.

Mają swoje lęki, obawy, ambicje, wzloty i upadki. Świetna rozmowa DiCaprio z Alem Paccino może posłużyć za kwintesencję rozumienia tego biznesu i wreszcie duet Leonarda i Brada porywający.

Dlaczego scenariusz w ujęciu całości jest nudny w naszym rozumieniu? Bo kino, które prezentuje Quentin Tarantino ma w sobie wiele wątków z pogranicza historii i starych obrazków USA. Dziki zachód, kowboje. To życie reżysera, który je do swoich filmów wprowadza. To też jego wizja po części zdarzeń i postaci zmyślonych, które sobie włożył do scenariusza i nie wiedzieć czemu od nich zaczyna budowanie tej historii świata Hollywood, która jest przecież dobrze znana.

Pomieszał wątki prawdziwe z dopisanymi, jak np. zmagania sfrustrowanego i zgorzkniałego Ricka Daltona[Leo DiCaprio] ze zmianami w Hollywood oraz rolami w znienawidzonych przez niego, a tak kochanych przez Tarantino westernach. Jego filmowy kompan grany przez Brada Pitta, a zarazem kaskader, przyjaciel, a czasami szofer i służący również został wmontowany do scen, których nie było w historii.

I wiecie co? Quentin to stary wariat, dziwak, ale ciągle potrafi zaskakiwać w kinie.

fot. East News

Zaskoczeniem była też próba przebijania się Rafała Zawieruchy z informacją o wielkiej roli u Tarantino. Polak dostał łącznie jakąś minutę czasu ekranowego i wypowiada jedno zdanie (i to do psa), ale warto chyba docenić sam udział w filmie, zagranie wielkiego polskiego reżysera, Romana Polańskiego i brak tzw. wycięcia. Poza tym dla polskiego aktora zderzenie ze śmietanką hollywoodzkiego kina to już wielki zaszczyt. Nie ma co się oszukiwać.

Można zrobić film bez wielkich błędów, gdzie obsada budzi podziw, komediowych dialogów jest na przysłowiowe pęczki, ścieżka dźwiękowa wpada w ucho, a scenografia to majstersztyk i mimo to w całościowym rozrachunku film jest nudny, nie urywa…

Nie chcesz przegapić ciekawych informacji? Zaobserwuj Żyjesz.pl na Instagramie  i Facebooku. Oglądaj nas na Instastories.

Komentarze

comments

No Comments Yet

Comments are closed